Reklama
  • Czwartek, 27 lutego 2014 (15:00)

    Andrzej Grabowski: Lubię być trochę złośliwy

Nic na siłę – to motto Andrzeja Grabowskiego. On nie walczy, nie dzwoni, nie naprasza się o nowe role i... nie narzeka na brak pracy. Jest szczęśliwym ojcem, mężem i od półtora roku dziadkiem.

Reklama

Dlaczego zdecydował się pan zasiąść w fotelu jurora w „Tańcu z gwiazdami”? Znaleźliby się tacy, którzy twierdzą, że wspaniałemu aktorowi nie przystoi...

Nie wiem, czy już mogę o tym mówić? Bo jeśli nie mogę, to nic na ten temat nie wiem. (śmiech). Tak serio: dlatego, że dostałem taką propozycję. Koniec i kropka.

Plotkowano nawet, że miał pan tańczyć.

Niemożliwe! Gdy ktoś wie, jak ja wyglądam, nie powinien pytać. Zresztą taniec jest męczący.

A Mariusz Pudzianowski zatańczył!

Ale on ma trzydzieści lat, a ja sześćdziesiąt!

W dojrzałym wieku tańczyły Katarzyna Figura i Katarzyna Grochola.

Kobiety są odważniejsze, bardziej o siebie dbają i lepiej wyglądają. Poza tym facet, który stoi pod ścianą, może zgrywać, że jest ponad to. Że odrzuca wszystkie głupoty tego świata. Że on patrzy rozsądnie na życie, a nie przez pryzmat jakichś frywolnych spraw.

Pan w ogóle lubi tańczyć?

Nigdy nie lubiłem. Dobrze, wygłupiam się! Oczywiście, że kiedyś, kiedy byłem młody, lubiłem. Na parkiecie można się było przytulić, szepnąć coś kobiecie do uszka.

Dla kobiety można też chyba nauczyć się tańczyć? Mężczyźni są w stanie wiele zmienić dla partnerek.

To zależy, jacy mężczyźni i dla jakich kobiet. Nie da się odpowiedzieć jednoznacznie.

Ale na studiach musiał pan tańczyć.

Były zajęcia z pantomimy, z ruchu scenicznego i rytmiki… I musiałem akcentować: jedną ręką na pięć, drugą na trzy, a nogą na osiem.

To chyba skomplikowane?

Jasne, że skomplikowane. Człowiek wyglądał jak pająk i musiał jeszcze pamiętać, jak te gesty wykonać. Pamiętam, że profesor Henryk Duda, który uczył w Krakowie tańca, stawiał w pierwszym rzędzie, tych, którym szło dobrze.

I w którym rzędzie pan stał?

Na pierwszym roku stałem w ostatnim, razem z jednym wybitnym obecnie aktorem. Nie będę wymieniał nazwisk, niech on sam się do tego przyzna. A im dalej w las, tym bardziej przesuwałem się do przodu. Na drugim roku stałem w przedostatnim, na czwartym byłem już w drugim rzędzie. Ale to chyba nie wynikało z mojego braku talentu do tańca, ale z tego, że traktowałem ten przedmiot bardziej jak zabawę niż coś poważnego. Moi koledzy dostali się do PWST za trzecim, drugim podejściem. A ja poszedłem na egzaminy, bo tam były piękne dziewczyny. Miałem siedemnaście lat, kiedy zdałem maturę i dostałem się na studia za pierwszym razem. Oni wszystko traktowali śmiertelnie poważnie, a ja jak wygłupy, zabawę.

Pan zawsze tak luźno do życia podchodził?

Ja wiem, czy zawsze? Ale zwykle staram się tak żyć. Bo gdybym podchodził do życia zbyt serio, jeszcze bym się depresji nabawił. Lepiej nie marzyć, a cieszyć się z tego, co następuje i co jest. I nucić sobie, że „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.

Po co cenionemu aktorowi występy w show?

Niedawno współprowadziłem program „Hurtownia książek”. Już zszedł z anteny, bo się słabo oglądał – jakieś 70 tysięcy ludzi chciało wiedzieć, co mam do powiedzenia na temat książek. Ale lubiłem ten program, choć przez niego byłem permanentnie niewyspany. Wstawałem o trzeciej w nocy i czytałem. Zarabiałem pieniądze nieadekwatne do wysiłku, jaki ponosiłem. I wtedy nikt mnie nie pytał, dlaczego przyjąłem tę robotę.

Pan nie udaje, że bojkotuje show-biznes.

Bo ja z tego świata żyję. Gram w ambitnym kinie, i, jak się niektórym wydaje, średnio ambitnych serialach oraz bardzo nieambitnych stand-upach.

Kiedy występował pan na imprezach, na których prezentowano i sprzedawano drogie garnki, pojawiły się głosy krytyki.

Na ten występ na sali czekało siedemset osób. Większość w moim wieku. Bawiły się świetnie. A że wcześniej uczestniczyły w pokazie gotowania, to co z tego. Ich wolna wola. Gdyby mnie ktoś zaprosił na pokaz nowego ferrari, a potem wystąpiłby Elton John, to bym poszedł z ciekawości. I nie kupiłbym ferrari, bo nie mam na to kasy. Tyle.

Ale pisali, że to była chałtura.

Jaka chałtura? Wczoraj robiłem charytatywny stand-up na rzecz walki z depresją. Występowałem tam z równym zaangażowaniem i pasją. I co? Tu byłem dobry? A tam już zły? Dlaczego? Spróbuj wyjść i sam przez godzinę zabawiać ludzi. Ubrany zwyczajnie w garnitur, nawet nie w beretkę i przykrótkie spodenki. Zanim skrytykujesz, spróbuj to zrobić.

Ciężka robota?

Czasem zmęczony wchodzę na scenę, a po godzinie takiego występu jestem wypoczęty. Patrzę ludziom w oczy, oni się śmieją i są zachwyceni. To naprawdę potrafi uskrzydlać.

Siedemset osób i pan jeden. Jakie to uczucie?

Fantastyczne. Najlepiej, gdy amfiteatr jest pełen. Jeśli ludzie kupują bilety, to znaczy, że chcą tej zabawy. Gorzej, gdy występuje się dla trzydziestu biznesmenów pod krawatem. Oni tam nie są anonimowi. Jeśli nie zapomną o tym, że obok siedzi pan prezes i się przygląda, to nie zaczną się śmiać. Bo jeszcze prezes pomyśli: „Co się śmiejesz, głupku jeden! Przecież to był kiepski dowcip”.

Jak rodzina reaguje na pomysł, że będzie pan teraz oceniał tańczących?

Uśmiechają się. Ale na szczęście już minęły te czasy, kiedy aktor był krytykowany za takie decyzje. Często opowiadam anegdotę o pewnym aktorze, który po emisji pierwszego odcinka „Kiepskich” spotkał mnie na rynku krakowskim i krzyknął tak, by wszyscy słyszeli: „Boże, widziałem, w jakim ty g… grasz.

Ja tam bym odmówił”. Więc go pytam: „A zaproponował ci ktoś?”. On na to: „Nie”. Więc ja: „To jak ci zaproponuje, to se odmów”. I on do dziś czeka, ale nikt mu nie zaproponował. Mówię to nie po to, by pochwalić się ciętą ripostą, ale dlatego, żeby powiedzieć prawdę o nas, aktorach.

Jeśli ktoś nam proponuje udział w reklamie czy w rozrywce, to dlatego, że jesteśmy popularni, lubiani, że zagraliśmy w życiu tyle ról, że ludzie przyjdą, kupią i obejrzą.

Niedawno obchodził pan jubileusz – czterdziestolecie pracy twórczej. Przyszli panu gratulować nawet premier Tusk z żoną.

Przede wszystkim rodzina i przyjaciele. Moja żona i dyrekcja teatru przygotowali dla mnie specjalny program artystyczny. Na scenie pojawili się ludzie, których podziwiam i cenię, a oni cenią mnie. Było mi bardzo miło. Ale każdy jubileusz uświadamia nieubłagany bieg życia.

Ale pan nie wygląda na osobę, która obchodzi taki jubileusz.

Bo wcześnie zacząłem pracować (śmiech).

Lubi pan być złośliwy?

Lubię. Ale w „Tańcu...” nie mam zamiaru być tylko złośliwy. Raczej chcę być tym sprawiedliwym, który za złe każe, a za dobre wynagradza. Nie chcę wykorzystywać aktorskich umiejętności. Będę, że tak powiem, oceniał ogólny wyraz artystyczny. Czyli będę mówił o wdzięku, o ewentualnej charyzmie. Bo co ja mogę więcej? Od oceniania kroków będą Iwona Pavlović i Michał Malitowski. Nie mam też zamiaru po nocach studiować historii tańca. To byłoby głupie. Publiczność, za przeproszeniem, która SMS-ami wybiera, też na tańcach się nie zna.

Zmieńmy więc temat na poważniejszy. Pan był pomysłodawcą filmu „Pod Mocnym Aniołem”. Czuje pan dumę z pozytywnych recenzji i frekwencji w kinach?

Już wiele lat temu myśleliśmy z Jackiem Rzehakiem, producentem, by zekranizować tę prozę. Ja zrobiłem tylko tyle, że zadzwoniłem do mojego dobrego kolegi Jurka Pilcha i spytałem, czy da prawa do ekranizacji. On powiedział: „Jak ty maczasz palce, to tak”.

Kiedy poznaliście się z Jerzym Pilchem?

W Krakowie: ja studiowałem na PWST, on na UJ. Jurek jest ze trzy miesiące młodszy ode mnie. Znaliśmy się więc od najmłodszych lat. Któż mógł wtedy myśleć, że on zostanie wspaniałym pisarzem... Zawsze był niezwykle dowcipny, złośliwy, inteligentny. Taki facet, przy którym uwielbiało się być i którego uwielbiało się słuchać. Z Jurkiem fajnie się dowcipy opowiadało, fajnie szło na wódkę i rozmawiało o literaturze…

Kiedy patrzy pan teraz na swoich kolegów, nie martwi pana fakt, jak wielu dziś ma problem z nałogiem?

Kiedy studiowałem w Krakowie, wszyscy piliśmy wódkę. To było w modzie, dodawało powagi, wyobraźni, dorosłości. Dziś wielu moich kolegów musi się leczyć, a ja, o dziwo, piję do dziś, choć coraz rzadziej.

To prawda, że film „Pod Mocnym Aniołem” był kręcony bez mililitra alkoholu?

Prawda. Pamiętam, że w latach 70., gdy się przychodziło na zdjęcia, to zawsze stała wódka. Snucie się na planie na bani nie uchodziło za coś nagannego. Wcale. Ale dziś czasy się zmieniły. Teraz takie sytuacje nie mieszczą się nam w głowie.

Ferdek, pana bohater ze „Świata według Kiepskich” od piętnastu lat się nie zmienia. I wciąż popija to same piwo...

I to jest właśnie jego filozofia. On nie pracuje, bo jak mówi: „Nie ma roboty dla ludzi z jego wykształceniem”.

Gdyby zaczął pracować, to pewnie byłby koniec „Kiepskich...”. Przyznam szczerze, że na początku nie do końca lubiłem ten serial. Gdy przyjeżdżałem na plan, byłem zły. Teraz ostatnia transza poszła tak szybko, że prawie nie zauważyłem.

Czasem lubię przejść się po tej scenografii, patrzę, jak ona jest oświetlona i sobie myślę, że ja już „mieszkam” tam od piętnastu lat. Ciągle z tymi samymi sąsiadami się kłócę, ale jednak to jest zwarta społeczność. I ta Halinka, gdyby Ferdka nie kochała, to by nie utrzymywała dziada jednego. Więc ona go jednak kocha.

Zauważył pan, że coraz więcej ludzi nie wstydzi się śmiać z „Kiepskich...”?

Ci z podstawowym wykształceniem śmieją się, że Ferdek kopnie kogoś w tyłek. A ci z wyższym, że chcemy przez tego kopniaka coś powiedzieć. Tylko klasa średnia, ta na dorobku, się wstydzi. Im jeszcze nie wypada śmiać się z takich głupot.

Show
Więcej na temat:Nie | Elton John | Polska Akademia Nauk | PWST

Zobacz również

  • – Ona przylgnęła do mnie niczym druga skóra – mówi o swojej postaci aktorka i zdradza, czym Halinka Kiepska zadziwi widzów w nowych odcinkach komediowej sagi. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.